lingshan blog

Twój nowy blog

To tak jakby głos z zaświatów.

Brak kontaktu z wirtualnm światem spowodowany, zwyczajowo – brakiem komputera. A że sprzęt odwiedza elektroniczną sanitarkę, marne szanse, że zobaczę się z nim przed połową sierpnia. Więc nie ma mnie tu, i nie będzie przez jeszcze kilka tygodni.

A teraz praca, praca, praca, gorąc ulic, burza włosów z piorunami i zapach pieczonych bananów.

Powinnam sobie pogratulować. Dostałam sie na studia.
Więc sobie gratuluję.

Dawno nie byłam na TAKIM koncercie. Rzucić w kąt wszystkie słowa krytyki, że setlista nie ta, że Anthony sie nie pożegnał, że nie było kontaktu z publicznością, że niewiadomoco. Nie, nie, nie. RHCP nie zawiedli, oj nie.

Na początku było czekanie. Długie minuty, długie godziny, upał, ścisk, czyli własnie to, po co sie na koncerty jeździ ;)

Supporty…hmmm… z jednej strony niejaki Mickey,o którym starczy powiedzieć, że wsadził sobie tampon do nosa, po czym bezlitośnie wygwizdany i pożegnany falą uniesionych w górę środkowych palców opuścił scenę. O jego, ekhem, „muzyce”, prezencji ogólnej, czy czymkolwiek innym wypowiadać raczej się nie będę.
Z drugiej strony jednak, Jet. I ci w pełni spełnili oczekiwania jakie stawia się zespołom supportującym. Powiem, że spelnili genialnie.

A w okolicach 20.30 na scenę wkroczyli ONI. I cóż tu pisać? Że było genialnie, że wspomnienia pozostaną na długo, a żebra i kark będą jeszcze przez jakiś czas boleć? Bez sensu. Ci, co byli wiedzą, a ja i tak o tym nie zapomnę.
I nie zawiodło naprawdę nic. Tzn. wiadomo, nigdy nie da sie dogodzić wszystkim w sprawie doboru utworów – musieliby zagrać całą dyskografię, co jest, ekhem, technicznie rzecz biorąc troszkę niemożliwe. I bardzo pozytywne zaskoczenie, że oprócz utworów znanych jak świat długi i szeroki, można było usłyszeć te mniej znane, acz równie cudne perełki. Mniam.

Widziałam i słyszałam Red Hot Chilli Peppers na żywo, w sumie całkiem, całkiem blisko (blisko, jak nigdy, pfff :D). Teraz mogę umierać.

Alive

2 komentarzy

Te ostatnie kilka dni spędziłam pod znakiem wedrówek w deszczu, gubienia się w lesie, nocnych włóczęg ulicami mojego miasta (wycieczka o 3.30 nad ranem do największego centrum handlowego w okolicy była tak oderwana od rzeczywistości, że aż pachniała nierealnością), rozmowami barowymi. No i wynikami m., ba.

I miewam takie dziwne bóle w palcach, tak myślę, to od tego strzelania kośćmi. Po czymś takim można ponoć nawet stracić możliwość gry na pianinie. Inna sprawa, że ja na pianinie nigdy grać nie potrafiłam :>

Jutro koncert!

Jakby coś rozrywało mi czaszkę od wewnątrz, znów ten tępy ból i kilogramy pigułek. To te tzw. „spadki formy”, omdlenia i te sprawy, lekarze rozkładają ramiona i twierdzą, no cóż, tak już pozostanie.

O czwartej nad ranem deszcz puka do mych okien, wstaję, nie, nie wstaję, czekam. Ale potem myśli natłok pada, woda wleje się przez okno, zaleje mi roślinkę i bilety, cholera, bilety na parapecie zostawiłam ! , więc nie ma rady, zwlec się trzeba. I wtedy umysł się rozjaśnia, i jak w jakimś tanim filmie, telefon zaczyna wibrować. Wiadomość. Esemes znaczy. Czytam i już wiem, że wszystko dobrze, że można już spać spokojnym snem.

A z głośników Tori Amos, jak zwykle. Strasznie żałuję, że nie mogłam dziewiętnastego być w Warszawie.

Wiem, nieskładnie. Ale to taki czas.

Po pierwsze – pewnie niedługo zdobędę miano Lenia Roku, o ile, ktoś takie tytuły przyznaje. Przeleżeć pół dnia w pościeli, nie mając nawet sił i ochoty, by odsłonić rolety w oknach i wpuścić trochę słońca, które może zmobilizowałoby mnie do jakichś działań (np. do ponownego zwleczenia się z łóżka i zaciągnięcia z powrotem rolet, bo znając swoje reakcje, pewnie po chwili słońce w oczy zaczęłoby mi świecić :>) to może szczyt lenistwa nie jest, ale jakiś pokaźny pagórek na pewno. Jutro się ruszę, coś zrobię, może i łóżko uda mi się zaścielić. Póki co – błogostan.

Mają wiele wolnego czasu mogę nadrabiać zaległości kulturalne. Ot, tu sobie jakąś książeczkę przeczytam (H. Murakami się niecierpliwi, leży na biurko i czeka, aż go spojrzeniem zaszczycę), film obejrzeć. No i właśnie, sięgnęłam dziś po pozycję bardzo dobrze mi znaną.

„Closer” jest filmem może nie najwyższych lotów, ale za to jednym z tych, do których po prostu nie potrafię nie wracać.

Film, mimo wielu recenzji, nawet mimo samej fabuły, nie jest, przynajmniej dla mnie historią o miłości. O zawirowanych związkach międzyludzkich – tak. O seksie i pożądaniu – jak najbardziej. Ale miłość? Gdzie, pośród wszystkich tych zdrad, pośród całego tego fałszu i przekonań, że „kłamstwo to waluta tego świata” jest miejsce na miłość?
Film nie jest wzruszający. Jest raczej smutny, melancholijny. To po prostu film o doskonale skrywanym braku miłości.

Wcale nie prosta historia czworga osób i ich „miłosnych” (a raczej seksualnych) zawirowań, której nie powstydziłaby się niszowa produkcja argentyńska. Mężczyźni filmu, to nie mężczyźni. Z jednej strony mamy delikatnego, trochę kobieco i kochliwego Dana (grany przez Jude’a Law’a więc określanie „kobiecy” tym bardziej trafione), zakłamanego tchórza, który długo potrafi nie przyznawać się do zdrady, a gdy otrzymuje od losu drugą szansę zaprzepaszcza ją nieodwracalnie. Z drugiej strony Larry (Clive Oven, świetny!), silny, wypełniony po brzegi testosteronem, kierujący się najniższymi instynktami, na którymi nie potrafi przejąć kontroli. Ale za to szczery chłopak z niego.

A kobiety? Anna co rusz, rzuca i wraca do byłych ukochanych, chyba tylko po to, by znów zdradzić. Ale jest jeszcze Alice…
A w zasadzie Jane (wspaniała Natalie Portman). To jedyna postać, która naprawdę wydaje się zdolna do miłości, ciut przesłodzona (może żeby nie była zbyt cukierkowata scenarzyści wcisnęli ją do klubu ze striptizem. Notabene, tańczy w różowej peruce ;> ), ale za to prawdziwa i szczera. I tu tkwi ten paradoks, bo powierzchownie to ona jest przecież najbardziej zakłamaną postacią – ukrywa prawdziwą tożsamość, ciągle ucieka. I jest naiwna. Ale jako jedyna nie udaje uczuć, potrafi kochać.

To nie jest film wybitny. Nie zatrząsł moim światopoglądem, a wielu uważa go za nudny i przegadany. Ale ja go lubię, tak bardzo, że mogę go oglądać wielokrotnie. I tak, wciągnęłabym go na listę swoich 100 fejweryt filmów.

Każdy dzień jest jak kartka wyrwana z encyklopedii, zawsze można nauczyć się czegoś całkiem nowego. Np. dnia dzisiejszego, tj. 20 czerwca roku pańskiego 2007 roku dowiedziałam się, że co roku ginie 150 osób, które niczego nie świadome spacerują, przypuszczam, że po jakimś wyjątkowo egzotycznym krajobrazie, i obrywają w głowę kokosem. Tzn. nie jednym i tym samym, rzecz jasna. Cóż.

Poza tym, wszystko jakby po staremu – zimne piwo lepsze o całe galaktyki od zwykłego soku pomarańczowego w upalny dzień, pizza z oscypkiem jest naprawdę smaczna, a środki komunikacji miejskiej uwielbiają się psuć w najmniej oczekiwanych momentach.

Z obserwacji życia codziennego: jak poruszać się po śląskich drogeriach, by sprzedawcy zajmowali się Tobą w należyty sposób (lub wcale, co niekiedy, jest bardziej „należytym sposobem” niż ciągłe dyszenie w kark niektórych ekspedientów)? Otóż kluczem jest ubiór po pierwsze, i tzw. wrażenie ogólne po drugie. Wejdź do takiego Douglasa w jeansowej spódniczce mini z kilkucentymetrowymi tipsami lub wyglądaj, jakbyś właśnie wyczołgała się z pościeli po nieprzespanej nocy (wałki na głowie można sobie odpuścić, rozczochrany look wystarczy), a jak w kieszeni masz, że sprzedawcy sprawią, że poczujesz się jakbyś przywdziała czapkę niewidkę (wtedy jednak ochroniarze bardziej się przyglądają…). Ubierz garsonkę, wyglądaj profesjonalnie, a poczujesz się jak ranne gnu otoczone przez stado hien z plakietkami „obsługa”. I choć nie przeczę, czasami mili i biegli w tematach pracownicy drogerii są pomocni, a jakże, jednak najczęściej to „obsługiwanie” opiera się na frustrującym dreptaniu krok w krok za klientem i skrzeczeniem do ucha promocyjnych cen wspaniałego, ultranowoczesnego kremu liftingującego pod oczy.

Bo z tym pisaniem jest tak, że jak się już raz zacznie i złapie bakcyla, to potem obojętnie co będzie odciągać czy przeszkadzać w tej pisaninie, to człowiek i tak do tego wraca, jak pies, nieustannie. Który to już mój blog? Na palcach nie jestem w stanie policzyć. Trochę szkoda, że te wszystkie porzucone blogi, na których jakaś cząstka mnie dalej sobie trwa, pokrywają się cyfrowym kurzem i cicho umierają. Ale ja już do niech wrócić nie potrafię, mogę jedynie założyć nowy „pamiętnik”. Tak jak teraz.


  • RSS